Koszyk

W Twoim koszyku nie ma żadnych produktów.

0 szt. 0,00 zł

PROMOCJA!!!

Przy zakupie przynajmniej dwóch książek wysyłka gratis (pobranie - dopłata 4,50 zł).

Przy zakupach powyżej 150 zł wysyłka gratis + można domówić dowolną książkę
w miękkiej oprawie za pół ceny. Szczegóły ->

Decybelowy obszar radiowy

okładka
Wojciech Lis
264 strony + 16 stronicowa wkładka ze zdjęciami, miękka oprawa
39,00 zł

Przeczytałem, a w zasadzie wchłonąłem tę książkę. O radiowcach, znakomitych audycjach, o fenomenie tego diabelskiego wynalazku, "na którym" wychowywały się całe pokolenia. Ile kapitalnego i mądrego przekazu niesie ze sobą ta praca. To właśnie radio było i jest moim życiem, moim drugim domem. Trudno mi było oderwać się od tych wspomnień.

-Marek Wiernik (dziennikarz i krytyk, przez lata związany z radiową Trójką i Jedynką, obecnie Polskie Radio RDC).

Oto książka w której spotykają się Urban, RoRo Rogowiecki, Ryłkołak i Robert Tekieli. Radio łączy wszystkie światy, zwłaszcza gdy pisze o nim Wojtek Lis. Polecam, nie tylko tym, którzy tak jak ja, spędzali każdy piątek słuchając Listy Przebojów Programu III.

-Łukasz Orbitowski (pisarz. Autor m.in. "Szczęśliwej ziemi" i "Innej duszy". Współpracuje z Noise Magazine).

Albert Einstein, poproszony o opisanie radia, odpowiedział: “ Widzicie, telegraf jest rodzajem bardzo, bardzo długiego kota. Naciskacie jego ogon w Nowym Jorku, a jego głowa miauczy w Los Angeles. Rozumiecie? I radio działa na tej samej zasadzie: wysyłacie sygnały stąd, a odbierają je tam. Jedyną różnicą jest to, że nie ma kota”. Wielki fizyk nie miał racji - kot radiowy jest jak Kot z Chesire w “Alicji w Krainie Czarów” - gdy znika, zaczyna to robić od końca ogona, a kończy na samym uśmiechu. Pozostaje więc sam uśmiech, bez kota. Ten uśmiech to twarze twórców radia, próbujących zdać sprawę czym jest dla nich ten kot - i dlaczego, mimo, że niewidzialny, tak ich, jak i - przyznajmy -  nas,  fascynuje. Słuchając radia, według McLuhana, odczuwamy zarówno samotność, jak i poczucie „więzi plemiennej” z twórcami audycji.

O nich właśnie traktuje książka Wojciecha Lisa, który -  na podstawie wywiadów z 70 znanymi dobrze, ale głównie z brzmienia ich głosów, dziennikarzami radiowymi, muzycznymi, przedstawia refleksje, wspomnienia, anegdoty, z długiej półwiekowej historii polskiego radia w jego najlepszym gatunku - audycji muzycznych.

Lektura książki przybliży nam nie tylko osobowości tych wybitnych radiowców (powoli ginący gatunek, niestety), ale i wzbogaci nas przy słuchaniu audycji o nutę refleksji, o podkład intelektualny, do radiowej muzyki.

-prof. zw. dr hab. Tomasz  Goban-Klas (socjolog, medioznawca).


Wojciech Lis. Tarnobrzeżanin. Współautor pierwszej w Polsce, monograficznie zakrojonej książki pt. "Jaskinia hałasu" o rodzimej scenie muzyki metalowej. Pisał tu i ówdzie dla nisko, a czasem nawet średnionakładowych tytułów (np. Zaćmienia Słońca i Oldschool Metal Maniac). Poza tym - zwolennik miru domowego i niewybredny smakosz nabiału. W tym ostatnim sekunduje mu córka Hania, ale już nie żona - Ewa.


Autor wciągającej monografii o polskiej scenie muzyki metalowej "Jaskinia hałasu" tym razem rozpracowuje środowisko radiowe. By opisać ten świat, Wojciech Lis przeprowadził kilkadziesiąt wywiadów. Wśród rozmówców znaleźli się chociażby Walter Chełstowski, Marek Gaszyński, Marek Wiernik, Filip Łobodziński, Marek Niedźwiecki i Paweł Sito. Opowiadają o swoich przygodach z radiem, tworząc przy tym fascynujący zarys historyczny polskiej sceny muzycznej (głównie rockowej), przede wszystkim lat 80. i 90.

Wojciech Przylipiak, Dziennik Gazeta Prawna.


Zrozumieć radiowca.

Wojciech Lis poszedł za ciosem. Po bardzo ciepło przyjętej "Jaskini hałasu", napisanej do spółki z Tomaszem Godlewskim, tym razem, z kilkoma wyjątkami, oddał głos nie muzykom i niegdysiejszym twórcom rodzimego podziemia, lecz radiowcom. Jak zastrzega we wstępie "Decybelowego obszaru radiowego", wybór rozmówców był czysto subiektywny. Zestaw pytań zadał lub przesłał byłym bądź obecnym dziennikarzom i prezenterom, których słuchał w dalekiej przeszłości lub trafił na nich w późniejszych latach, ale w jakiś sposób byli i wciąż są dla niego ważni. W ten sposób, korzystając m.in. z barwnych anegdot i opowieści, podjął próbę wyjaśnienia fenomenu radia i zrozumienia świata prowadzących audycje autorskie. Po lekturze dochodzę do wniosku, że w znacznej mierze udało mu się to. Jednak wbrew pozorom, nie wszyscy przeczytają tę książkę od deski do deski.

Każda grupa zawodowa ma swoją specyfikę, dlatego "Decybelowy obszar radiowy" to siłą rzeczy w znacznej mierze hermetyczna pozycja. Niemniej autorowi udało się zaprosić do rozmowy 70 osób, z których zdecydowana większość dość barwnie opowiada o tym, czego nie widać i co dość rzadko słychać na antenie. Gości Lisa łączy nie tylko mikrofon, ale i wieloletnie prezentowanie słuchaczom szeroko rozumianej muzyki rockowej oraz metalowej, zarówno na antenie ogólnopolskiej, jak i lokalnej. Przez pryzmat ciekawych historii, chociażby o trudnych początkach i zmaganiach z dyrekcją, czytelnik ma szansę dowiedzieć się m.in., co sprawia, że prowadzący znajduje motywację na zarywanie nocy, niekończące się dojazdy niekiedy dla zaledwie 10 minut na antenie, w jaki sposób zdobywa płyty i czym kieruje się, prezentując wybraną muzykę. A to zaledwie początek. Bo jakoś przecież trzeba było wkręcić się do tego radia. Nikogo nie przyjmowano z ulicy. Nie bez znaczenia zostaje także forma kontaktu ze słuchaczami. A żeby jeszcze bardziej pokomplikować sprawę, to podczas lektury jesteśmy świadkami zderzenia czasów PRL i eterowego szaleństwa lat 90. Młodszy czytelnik będzie miał okazję dowiedzieć się m.in., jak grano muzykę z kaset i ile potrafiło być z tym zabawy.

Dużą zaletą książki jest zróżnicowanie rozmówców. Z jednej strony mamy tu weteranów Polskiego Radia w osobach Marka Wiernika, Wojciecha Ossowskiego, Tomasza Żądy, Romana Rogowieckiego czy Filipa Łobodzińskiego, a z drugiej wywrotowców z lat 90. Wystarczy wymienić chociażby siejącego zgorszenie Tomasza Ryłko, dobrze znanego Zbigniewa Zeglera, Roberta Kilena z Radia Wawa, Jerzego Giersa z Antyradia, byłego szefa Radiostacji Pawła Sito, czy świrów pokroju Krzysztofa Skiby i Pawła "Konja" Konnaka. Każdy z nich wspomina przeszłość i komentuje obecną kondycję radia. Nierzadko są to dość gorzkie słowa. W końcu audycje autorskie to od dawna wymierający gatunek, a i po odejściu lat 90. w radiowym eterze rock z metalem mają mocno pod górkę.

Najwięcej na lekturze "Decybelowego obszaru radiowego" skorzystają byli i obecni słuchacze rozmówców Wojciecha Lisa. Będą mogli powspominać i poznać kulisy pracy oraz zawodowe przygody ulubionych dziennikarzy i prezenterów. Sam jestem tego żywym dowodem. Wychowywałem się na programach m.in. odpowiadających tu na pytania panów Ryłko, Zeglera, Giersa i Wierzbickiego, zatem z rozrzewnieniem przypominałem sobie zarwane noce czasu podstawówki i liceum. Gorzej może być z młodszymi czytelnikami. Większość raczej nie dotrwa do końca książki lub zacznie ją kartkować, omijając np. wspomnienia PRL, gdzie w wielu przypadkach odpowiedzi są bardzo podobne. W końcu wówczas istniało tylko Polskie Radio, a krąg prezenterów był dość wąski. Trudno więc o zaskoczenie. Wyjątek może stanowić co najwyżej promil prawdziwych fascynatów radia, którzy wciąż go słuchają i są szalenie ciekawi tego, na co zazwyczaj nie ma czasu na antenie, a co jest dobrze opisane w tej książce. Szczególnej uwadze polecam przełom lat 80. i 90. W rodzimej radiofonii to była wolna amerykanka i czyste szaleństwo w jednym. To z tego okresu pochodzą najciekawsze historie. Między innymi dzięki temu książka aspiruje do miana bardzo dobrego uzupełnienia popularnonaukowych tekstów traktujących o polskiej radiofonii. Nie zdziwiłbym się, gdyby młodzi adepci medioznastwa znajdowali dla mniej miejsce w przypisach.

"Decybelowy obszar radiowy" to sentymentalna manifestacja w obronie autorskiego radia. Radia tworzonego przez pasjonatów gotowych zrobić naprawdę wiele, by zdobyć płytę, okazać szacunek słuchaczowi i mimo wielu wyrzeczeń wciąż znajdować siły i motywację na zasiadanie przy mikrofonie. Tu nie ma playlisty, nie ma selektora. Jest żywy człowiek. A kiedy tego wszystkiego zabraknie, po prostu z własnej woli nie wejdą już do studia. Bo po co?

Kamil Mrozkowiak, Akademickie Radio Kampus (Melodie Mgieł Nocnych).


Kolejna bardzo ciekawa książka to „Decybelowy obszar radiowy” Wojciecha Lisa. To opowieść o kultowych audycjach radiowych (głównie lat 80 i 90) spisana na podstawie rozmów autora z najważniejszymi postaciami polskiego radia. Są tu Marek Wiernik, Paweł Sito, Filip Łobodziński, Marek Niedźwiecki, Walter Chełstowski czy Marek Gaszyński. Książka pełna anegdot i osobistych opowieści najfajniejszych radiowców.Wspomina się tu najważniejsze audycje muzyczne w historii radia: Cały Ten Rock (Prowadzący: Marek Wiernik i Roman Rogowiecki), Metalowe Tortury (Roman Rogowiecki, Wojciech Mann, Krzysztof Wacławiak), Demo Top (Filip Łobodziński), Radio Clash (Maciej Chmiel, Filip Łobodziński, Hirek Wrona, Grzegorz Brzozowicz), Muzyka Młodych (Marek Gaszyński) czy Zadzwońcie po milicję (Maciej Chmiel i Robert Tekieli). A propos tej ostatniej ciekawy epizod wspomina w książce Paweł Konjo Konnak:

„Słynny wywiad z Ciccioliną przeprowadziłem ja i Zbyszek Sajnóg w Budapeszcie, w kwietniu roku 1989, podczas XXXV Kongresu Transnacjonalnej Partii Radykalnej, której to Cicci była ognistą aktywistką. Ten Kongres to było takie symboliczne zniesienie żelaznej kurtyny, gdyż od czasów drugiej wojny światowej żadne państwo komunistyczne nie wpuściło do siebie na takie zgromadzenie polityków z Europy Zachodniej. A Partia Radykalna swoją centralę miała we Włoszech i stąd niecodzienność tego wiekopomnego zdarzenia. Do Budapesztu Totart wyjechał na zaproszenie kolegów z pacyfistycznego ruchu Wolność i Pokój, który od dłuższego już czasu wymieniał się z aktywistami Partii Radykalnej swoimi szlachetnymi idejkami. Wraz z nami w tej internacjonalistycznej operacji uczestniczyło z Polski kilkudziesięciu fighterów WiP, anarchistycznego Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego, akcjoniści stołecznej formacji Praffdata i kilku niezrzeszonych świrów”.

Krótko mówiąc to kawał historii, nie tylko polskiego rocka.

Wojciech Przylipiak, Bufet PRL blog.


"Decybelowy obszar radiowy". Złote czasy radia.

Jadąc pekaesem, słucham radia. Siedząc u fryzjera, słucham radia. Robiąc zakupy, słucham radia. Nie z zamiłowania, niestety. Zapętlonych kilkadziesiąt hitów z ostatnich lat i wiecznych przebojów z różnych dekad – oto, co oferuje słuchaczowi przeciętnie sformatowana stacja radiowa. A między piosenkami głupawe gadki prowadzących z kiepską dykcją, debilne konkursy, a przede wszystkim reklamy. Bo radio nie jest od muzyki. Ta jest dodatkiem do reklamy, wszak trzeba sprzedawać, szczególnie w kolonialnym kraju, jakim jest III RP. „Włancza” się więc idiotom coraz niższe ceny, aby przestali być idiotami. W nagrodę za wysłuchanie porcji reklam mogą sobie wysłuchać kilku hitów-shitów i pobujać się z szeregiem niepotrafiących śpiewać ćpunów i kretynek. Kiedy to wszystko się zaczęło? Pod koniec lat 80. w „Magazynie Muzycznym” jeden z dziennikarzy napisał, że marzy mu się radio bez gadania, bez słuchowisk, bez żadnych słów, tylko z muzyką. Nie wiem, czy miał na myśli to, co dzisiaj radiem się zwie, ale ciekaw jestem, czy spędziwszy jeden dzień z którąś z komercyjnych stacji, odszczekałby swoje słowa. Jakie więc powinno być radio? Czym było kiedyś? I w końcu, gdzie dziś możemy zetknąć się jeszcze z radiem nieogłupiającym?

Miał Wojciech Lis cwany pomysł na książkę, trzeba przyznać. Pomysł oczywisty dla każdego, kto w radiu poszukuje czegoś więcej niż kolejnego konkursiku i seplenienia prowadzących małpiszonów. I dobrze, że się go podjął, bo praca to pionierska, a co równie ważna, napisana ze swadą i znajomością tematu. Zresztą osobom siedzącym w cięższej muzyce nazwiska autora nie trzeba przybliżać. Kilka lat temu, wraz z Tomaszem Godlewskim, wydał „Jaskinię hałasu”, rzecz traktującą o polskiej scenie metalowej, publikował również dla szeregu pism i zinów. Dobrze więc, że tematem radia zajął się pasjonat muzyki, nie tylko tej mainstreamowej. Opowieści panów Manna i Niedźwiedzkiego są może i ciekawe, ale dla maniaków podziemia niespecjalnie interesujące. W „Decybelowym obszarze radiowym” wypowiada się drugi z nich, ale wielu z rozmówców autora prezentowało w swoich audycjach mniej komercyjne dźwięki. Oddać trzeba autorowi szacunek, że udało mu się nakłonić do zwierzeń kilkudziesięciu radiowców z różnych pokoleń, wśród których znajdziemy i Marka Gaszyńskiego, i Marka Niedźwieckiego, i Bogdana Fabiańskiego, ale i Przemysława Popiołka, i Bartosza Donarskiego czy Piotra Wierzbickiego. Wypowiadają się na łamach książki również Roman Rogowiecki, Grzegorz Brzozowicz, Maciej Chmiel, Hirek Wrona, Przemysław Thiele, Paweł Sito i wielu innych, również muzyków z metalowych i rockowych składów.

Te złote czasy radia, jak trzeba by powiedzieć za Woody Allenem, stają się w opowieściach rozmówców Lisa wiekiem świetności, do których ci powracają z nostalgią. W takim przypadku zawsze trzeba sobie zadać pytanie, na ile ta nostalgia odnosi się do czegoś faktycznie dobrego, a na ile jest ględzeniem starych dziadów, że kiedyś to, panie, było lepiej. Faktycznie, sporo w tej publikacji nostalgii i tęsknoty za bezpieczną, poznaną przeszłością. Pojawiające się wielokrotnie na łamach omawianej publikacji zdanie, że kiedyś radio promowało tylko dobrą muzykę, można między bajki włożyć, bo kto puszczał w eter Sabrinę, Modern Talking lub Perfect? Krasnoludki? Kto nie zauważał nowej fali oraz postpunka czy industrialu, wmawiając naiwnym słuchaczom w latach 80., że geniuszami muzyki wciąż są panowie z Pink Floyd czy Deep Purple? Z drugiej strony osobiście i tak wolę to nabzdyczone nieraz radio z realnego socjalizmu niż dzisiejsze szafy grające, nie do odróżnienia chyba przez nikogo.

Wątki poruszane w rozmowach zawartych w „Decybelowym obszarze radiowym” nie dotyczą jednak tylko mainstreamowych audycji prezentowanych w Polskim Radiu. Wojciech Lis sporo miejsca poświęcił radiowym buntownikom i odszczepieńcom, którzy wbrew estetycznym gustom swoich szefów prezentowali w eterze dźwięki brutalne, odpychające, agresywne czy eksperymentalne. Mowa tu chociażby o Tomaszu Ryłce, autorze metalowej audycji „Ryłkołak Horror Show” prezentowanej między innymi na falach RMF FM w latach 90. Pojawia się tu również Krzysztof Brankowski, autor legendarnej listy przebojów „Metal Top 20” i kilku programów prezentujących ostre dźwięki. Sporo miejsca poświęca autor również audycjom współtworzonym przez Macieja Chmiela: „Radiu Clash”, „Dzikiej Rzeczy” oraz „Ręce Boksera”, w których można było usłyszeć spore ilości punka, alternatywnego rocka oraz brzmień z Seattle, jeszcze przed boomem na muzykę grunge.

Interesujące są również ukazane w książce przemiany, które po 1989 roku zaczęły dotykać stacji radiowych. Śledzimy więc powstawanie pirackich stacji, zmiany następujące w programach państwowych, udzielanie pierwszych koncesji oraz dziki entuzjazm wczesnych lat 90., kiedy wydawało się, że można stworzyć nowoczesne radio, dalekie od politycznej propagandy i gadających głów, ale nadające ambitną muzykę. Widzimy, czytając „Decybelowy obszar radiowy”, jak omawiane medium kreowało gwiazdy polskiego rocka, z jaką atencją było słuchane. W końcu obserwujemy przemiany, które doprowadziły do stanu obecnego, gdy dominują szafy grające popelinę. Tych kilkunastu donkiszotów eteru, których przepytuje Wojciech Lis, wciąż robi swoje, na falach stacji internetowych lub państwowych. Na ile wystarczy im sił i czym będzie radio w przyszłości, zobaczymy. Sami występujący w książce mają na ten temat bardzo różne zdanie.

Michał Żarski (wPolityce.pl/kultura, http://ltura.blogspot.com).


Uczta na cztery ręce.

Ponoć nie ma w życiu przypadków, tak mawia pewien szacowny redaktor radiowy z Trzeciego Programu Polskiego Radia. Jeśliby jednak istniały, to ja proszę o więcej takich miłych, jak ten sprzed kilku dni. Otóż, przeglądając jeden z blogów, natknąłem się rzecz jasna przypadkowo, na opis pewnej książki. Przyznam, że nie zawsze skrupulatnie czytam zamieszczane teksty. Jeśli tematyka średnio mnie interesuje, to odpuszczam sobie zazwyczaj takowe wpisy. Myślałem, że i tym razem będzie podobnie, ale zacząłem czytać i z każdym kolejnym zdaniem, wzbierała we mnie chęć jak najszybszego kupienia tego wydawnictwa. Czym prędzej wyszukałem w internetowej księgarni ten tytuł, zakupiłem i wyczekiwałem daty jego odbioru. W dniu wczorajszym, otrzymałem potwierdzenie, że książka już jest, więc po pracy udałem się pod wskazany adres. Szybko załatwiłem formalności i pochwyciłem zdobycz w swe szpony. Wertując w tramwaju jej zawartość, radowałem się tym, że w ktoś w końcu wpadł na pomysł, by zawrzeć na kartach książki historię autorskich programów radiowych. "Decybelowy obszar radiowy" Wojciecha Lisa, zawiera wspomnienia sporej grupy dziennikarzy, muzyków czy też ludzi, którzy w jakimś tam stopniu mieli wpływ na kształtowanie się tej radiowej materii. Wystarczy spojrzeć na listę bohaterów, aby z uznaniem pokiwać głową. Kogoż tu nie ma. Są takie tuzy radiowego eteru, jak Marek Niedźwiecki, Marek Wiernik, Roman Rogowiecki czy Filip Łobodziński. Znalazło się tu też miejsce dla dziennikarzy z mniejszym doświadczeniem, którzy swój fach wykuwali w mniejszych miejscowościach czy mniejszych rozgłośniach. Owszem, nie dla wszystkich starczyło miejsca, nie o wszystkich napisano, bo przecież dotarcie do każdego ważnego redaktora radiowego, jest zadaniem tyleż karkołomnym, co niewykonalnym. Niemniej i tak należy się wielki ukłon dla autora, za kawał dobrze wykonanej roboty. Książkę czyta się jednym tchem. Właściwie to się jej nie czyta, ją się pożera. Tak, tak, to określenie jest w tym przypadku bardziej adekwatne. Poza wspomnieniami znajdziecie tu także zdjęcia redaktorów oraz opisy programów radiowych. Dla każdego pasjonata radia, ta pozycja będzie jak spełnienie marzeń. Rozejrzyjcie się za nią bo naprawdę jest tego warta. Jeśli pasjonowaliście się kiedyś audycjami autorskimi, w których to poza doskonałą muzyką, można też było liczyć na ciekawe komentarze autorów, to wspomniana pozycja dostarczy Wam mnóstwo radości. I choć programy autorskie odchodzą pomału do lamusa, warto o nich pamiętać i pielęgnować te, które jeszcze zostały. Ostatnim bastionem naprawdę dobrych programów, są jeszcze audycje Polskiego Radia oraz programy lokalne, tworzone głownie z pasji do muzyki jak i samego radia. Niestety w większości godziny ich emisji wołają o pomstę do nieba, no chyba że ktoś cierpi na permanentną bezsenność. Przykładem audycji dla nocnych marków była "Noc muzycznych pejzaży" Piotra Kosińskiego w radiowej Trójce. Jej emisja przypadała na środek nocy, a kończyła się nad ranem. Może to i na swój sposób piękne, ale ile osób było w stanie dotrwać do końca audycji? Ileż to pięknej muzyki wyemitowano w kosmos, pomijając ludzkie uszy, nie wie nikt. Szczęśliwi ci, którym dane było jej wysłuchać.

Jeśli już przy tego rodzaju muzyce jesteśmy (progresywny rock) to na fali odświeżania sobie starych audycji Tomka Beksińskiego, znów naszła mnie ochota na posłuchanie starego rocka. Jak mawia moja żona, redaktor Beksiński wiecznie żywy. W jednej z audycji, Tomek zachwycał się płytą "Following Ghosts" (1998) grupy Galahad, którą uznał za pierwszą od wielu lat, naprawdę progresywną płytę. W przeciwieństwie do zespołów, które uparcie powtarzają schematy dawnych mistrzów, Galahad zaproponował tu naprawdę interesującą i zaskakującą ścieżkę rozwoju. Muzyka progresywna przystroiła się w bardzo nowoczesne szaty i dała sygnał, że czas przestać zjadać własny ogon. Jako że dotychczas twórczość tego zespołu znana była mi w bardzo niewielkim stopniu, postanowiłem nadrobić zaległości lub jak to kiedyś trafnie ujął redaktor Beksiński, odrobić swe lekcje. Postawiłem na "Following Ghosts" oraz na "Empires Never Last" (2007). Ten drugi, skusił mnie przepiękną okładką, tak sugestywną, że ilekroć na nią patrzę, czuję jakiś dziwny niepokój. Wcześniej przesłuchałem koncertowy album "Resonance - Live In Poland" (2009), który przeleżał u mnie kilka dobrych miesięcy, czekając na odpowiednią chwilę. Oto nadeszła i eksplodowała z pełną mocą. Mało tego, będąc w sklepie płytowym gdzie polowałem na wspomniany już album grupy Galahad, wdałem się w całkiem sympatyczną rozmowę o starym rocku, o trudnościach w zdobyciu pewnych płyt, co zaowocowało zakupem (już w Internecie) albumu Indian Summer "Indian Summer" (1971). O tej właśnie płycie wspominał mi właściciel jako o czymś, czego nie może od dłuższego czasu zdobyć. Nieco się zmartwiłem, bowiem odkładałem zakup tej płyty z roku na rok, ale w zaistniałej sytuacji, postanowiłem więcej nie zwlekać. Pewnych spraw nie warto zostawiać na później, by nie okazało się, że chęci do konsumpcji są, ale wybranej potrawy już od dawna nie serwują w tej restauracji.

Jakub Karczyński (http://czarne-slonca.blogspot.com).


„Decybelowy obszar radiowy” to kolejna - po napisanej wespół z Tomkiem Godlewskim „Jaskini Hałasu” - książka autorstwa Wojciecha Lisa. Najogólniej rzecz ujmując, jest to zbiór przemyśleń kilkudziesięciu osób na temat poznawczej roli radia, ze szczególnym jednak naciskiem na poznawanie muzyki. Nie jest to bynajmniej - co wyraźnie podkreśla W. Lis - kompletny przewodnik radiowy, lecz tekst o audycjach radiowych oraz ludziach radia ważnych dla autora. Toteż i, ograniczając swój odautorski komentarz do niezbędnego minimum (dotyczącego m.in. historii radia), właśnie im, a także kilku muzykom oraz dziennikarzom muzycznym spoza obszaru radiowego, oddał głos, proponując odniesienie się do słów Juliana Tuwima będących mottem publikacji: „Radio to cudowny wynalazek! Jeden ruch ręki – i nic nie słychać”. Kolejne zagadnienia dotyczyły ulubionych audycji radiowych, mentorów w tej dziedzinie, osobistych wspomnień i doświadczeń w radiowej materii, sprzętu, wyborów estetycznych, roli radia w promocji polskiej muzyki rockowej, wizji radia idealnego czy wreszcie jego przyszłości. Z wypowiedzi blisko 70 osób wyłania się zaskakująco spójny obraz idealizujący w znacznym stopniu obraz radia do lat 90. włącznie, a dość bezwzględny dla procesów jego komercjalizacji w okresie późniejszym. Bezwzględny… ale może zgorzkniały, skoro wypowiadają się osoby, które do młodzieży od dawna już nie należą? Tutaj dyplomatycznie uchylę się od odpowiedzi, bo sam kilkukrotnie zabrałem głos na łamach „Decybelowego…”, wpisując się w ogólny ton. Tak czy tak, być może właśnie symbolicznej choćby wypowiedzi młodzieży tutaj zabrakło, co powoduje, że obraz jest jednak niekompletny. Radiowy strumień świadomości uzupełnia krótki opis wybranych audycji radiowych, wśród których znalazły się i dominują te istotne z racji profilu naszego magazynu. Wymienię choćby „Metalowe Tortury”, „Muzykę Młodych”, „Niecały Rock”, „Ryłkołak Horror Show”, „Wieczór Trzech Króli”, „Thrashing Madness” czy choćby „Złomowisko”/ „Metal Hammer Show”. Za nimi stały oczywiście konkretne osoby, dość dobrze kojarzone w metalowym środowisku i wypowiadające się w „Decybelowym…”. Wszystkich tutaj wymienić nie sposób, kierując się swoim subiektywnym wyborem, wspomnę więc o Krzysztofie Brankowskim, Romanie Rogowieckim, Bartoszu Donarskim, Przemku Popiołku, Jarosławie Giersie czy Tomaszu Ryłko. Zwłaszcza wypowiedzi tego ostatniego mocno ubarwiają karty książki, co jednak nie powinno dziwić nikogo, kto pamięta go jako szalonego Ryłkołaka. Oczywiście na dziennikarzach prezentujących mocne dźwięki lista gości „Decybelowego…” się nie kończy, a choćby Marka Niedźwieckiego kojarzy każdy, średnio nawet zorientowany słuchacz w Polsce. Jako czytelnik w wieku średnim (ekhe, ekhe), który „połknął” niniejszą lekturę w dwa wieczory, jestem przekonany, że stanowi ona gwarancję pełnej wrażeń podróży w czasie (radiowym wehikułem, rzecz jasna) dla wszystkich miłośników słowa czytanego urodzonych przed rokiem 1985. Jest to jednak również cenne źródło, może wybiórczej, ale dość obszernej wiedzy dla młodzieży. Niespodziewanie - w dwójnasób cenne, gdy w publicznym radiu dochodzi do czystek na tle politycznym. 

Rafał Monastyrski (Metal Hammer Polska).


Po kilku latach przerwy Wojciech Lis wyskoczył z nową książką. Wojciech to wiadomo – gość skromny, więc żadnego szumu nie było, do momentu aż słowo ciałem się stało, więc na przykład dla mnie „Decybelowy Obszar Radiowy” było nie lada zaskoczeniem. Oczywiście zakupu odmówić sobie nie mogłem, zwłaszcza że jestem chyba już ostatnim pokoleniem, któremu dane było czerpać informacje o muzyce z medium jakim było i jest (?) radio.

W moim przypadku co prawda nie były to „Metalowe Tortury”, ale „Nocny Szlak”, którego zacząłem słuchać gdzieś na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych, jakoś zaraz na początku liceum albo pod koniec podstawówki. To dzięki tej audycji i Andrzejowi Kukuczce poznałem i pokochałem takie klasyki jak Thin Lizzy, Rainbow, Angelwitch, Accept, a także nauczyłem się pić kawę, żeby dotrzymać do piątej nad ranem (audycja trwała od 23:05 do około 5:00 właśnie) i nagrać te wszystkie fantastyczne albumy na taśmy. Podejrzewam, że osobnicy młodsi ode mnie już na tego rodzaju przeżycia się nie załapali – dla nich „Decybelowy Obszar Radiowy” może zakrawać niemal na książkę z gatunku science – fiction, przynajmniej tak podejrzewam.

Najnowsza książka Wojtka to podróż po tej właśnie fascynującej krainie radiofonii. Czytelnik może zapoznać się z wypowiedziami większości najważniejszych osobowości, które tworzyły powojenną historię polskiego radia – choć tak naprawdę początek rocka (czy jak wtedy go nazywano bigbeatu) w polskim eterze datuje się raczej na lata sześćdziesiąte. Nie wiem czy jest sens wymieniać wszystkie osoby, ale w zasadzie – o kim nie pomyślicie (poza paroma wyjątkami), na pewno znajdziecie jego wypowiedź w tej książce. Starsi może ich słuchali, młodsi – może kojarzą z obecnej, pozaradiowej działalności i pewnie będą zdziwieni – „jak to, ten koleś z Xsięgarni słuchał kiedyś Slayer?!”. Ale zaznaczę od razu – ta książka nie traktuje tylko i wyłącznie o tej „metalowej stronie radia”. Dotykamy tu zagadnienia muzyki rockowej w polskim radiu jako całości, więc jeśli ktoś nastawia się tylko i wyłącznie na czytanie o smaczkach z „Ryłkołak Horror Show” to może czuć się zawiedziony.

Wojtek w „Decybelowym Obszarze Radiowym” pisze jak było i jak jest. A jak było? Ano tak, że dla rzeszy osób za mitycznej komuny to właśnie radio i audycje prowadzone przez prawdziwych entuzjastów były – że polecę cholernym truizmem – oknem na świat. Już w poprzedniej książce Lisa, czyli „Jaskinia Hałasu” było to jasno powiedziane, teraz natomiast jest to dodatkowo wytłuszczone i podkreślone. I mówią o tym ludzie, którzy najpierw sami dali się porwać radiowej fali, zaś potem niejednokrotni sami generowali wstrząsy powodujące kolejne fale, porywające kolejnych słuchaczy. Możemy więc przeczytać o początkach działalności – że będę trzymał się tej bardziej metalowej części książki – Krisa Brankowskiego, Tomasza Ryłko, Jarosława Giersa, Przemysława Popiołka i wielu innych… No i oczywiście klasyków, jak Gaszyński, Chełstowski… Ale na stronicach tej książki znajdują się też osoby z różnych biegunów polityczno – ideologicznych, dziś już w zgoła inny sposób zaangażowanych w media. Jest więc i Urban, ale jest i Tekieli czy Maciej Chmiel. Czytamy więc jak zaczęła się ich przygoda z falami radiowymi, jak sami potem je kształtowali, a także jak postrzegają oni rolę radia dziś.

„Decybelowy Obszar Radiowy” pokazuje nam całą historię polskiego rocka w falach radiowych. Pokazuje jego postrzeganie najpierw w zmurszałym PRL, gdzie często o rozpisce danej audycji decydowali starsi panowie z siermiężnym gustem, sprawdzając od linijki, czy dany utwór pasuje do aktualnej sytuacji politycznej i linii programowej partii. Pokazuje jak młodzi zapaleńcy pojedynczymi utworami drążyli i karczowali drogę dotarcia do słuchaczy takich jak oni sami – kochających muzykę, chcących poznawać nowe dźwięki, nawet jeśli oznaczałoby to pójście pod prąd obowiązującym gustom, nakazom i zakazom. Pokazuje rewolucję, jaka miała miejsce na początku lat dziewięćdziesiątych – skok w głębokie wody wolnego rynku. Początkowej eksplozji stacji radiowych, działających dziko, kiedy to cała sfera tak naprawdę była pozbawiona jakiejkolwiek regulacji poza tak naprawdę jedynymi czytelnymi – zasadami gospodarki kapitalistycznej. Czytając „Decybelowy Obszar Radiowy” mam wrażenie, że to właśnie pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych była okresem – przynajmniej dla radiowej sceny metalowej – najbogatszym. Lepszy dostęp do zagranicznych wydawnictw, postęp technologiczny, ogólny rozkwit sceny – wszystko to skutkowało audycjami w stylu „Ryłkołak Horror Show”, który wówczas był nadawany na falach radia RMF FM. Wiem, bo udało mi się jako dziesięcio – jedenastolatkowi przesłuchać kilka audycji Tomasza, które to pozostawiły naprawdę ślad na mojej rozwijającej się psychice. To wszystko było takie kurewsko wulgarne i nierealne. I to gdzie? W RMF FM. No ale „Decybelowy Obszar Radiowy” pokazuje też i schyłek niezależnej radiofonii, kiedy to miejsce zmurszałych panów z radiokomitetów zajęły młode wilki, odmierzające wartość nadawanej muzyki już nie pod względem poprawności ideologicznej, a ekonomicznej właśnie. Książka pokazuje przejście, zmianę frontu – dobra muzyka teraz nie musiała się już bronić przed schlebianiem gustom proletariatowi miast i wsi, ale będącej w powijakach sile konsumenckiej, rzeczywistym lub wyimaginowanym preferencjom „klienta stacji radiowej”. Dostajemy obraz jak radiowcy robili co mogli, by utrzymać się w eterze, jak nowi decydenci cięli ich audycje, skracając je, przenosząc na mniej opłacalne godziny nadawania – i jak w końcu duża rzesza radiowców rzuciła tym wszystkim w cholerę. Wreszcie dostajemy obraz rodzącego się nowego trendu, czyli przenoszenia niezależnych audycji z muzyką rockową do sfery internetu – co zresztą dzieje się cały czas, aktualnie, na naszych oczach. To tam możemy obserwować odrodzenie prawdziwie niezależnej radiofonii mającej za zadanie propagowanie przede wszystkim wartościowej muzyki.

I tak wertując kolejne karty „Decybelowego Obszaru Radiowego„, czytając wypowiedzi osób, które zgodziły się być częścią tej książki mam właśnie takie odczucie, że koniec końców wydźwięk tej książki jest dość smutny. Większość z nich bowiem opowiada z wypiekami na twarzy, z entuzjazmem, często z nieskrywaną satysfakcją o swojej działalności radiowej, ale równocześnie kwituje swoje wypowiedzi stwierdzeniem, że tak naprawdę to dziś radia już nie słuchają, bo nie ma w nim po prostu czego posłuchać – mowa oczywiście o sferze muzycznej. Że dziś większość stacji radiowych jest do siebie tak cholernie podobna, ich muzyczna ramówka jest niczym kalka. I to jest właśnie smutne – ja między wersami wyczytuję po prostu niejednokrotnie pretensję i żal, że – górnolotnie ujmując – walka radiowców o powiew świeżości w eterze, o szersze otworzenie okna na świat zakończyła się w większości przypadków klęską – całkowitą unifikacją ramówki, wyrugowaniem wspaniałych osobowości radiowych na rzecz… no właśnie – na rzecz czego? Oczywiście nie wszyscy muszą się ze mną zgodzić i oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie było intencją Wojtka wywołanie takiej konstatacji wśród czytelników. Jego intencją – tak myślę – było przedstawienie czytelnikowi fascynującej, magicznej roli, jaką pełniło radio głównie w życiu pokoleń, które dziś mają lat trzydzieści i więcej. I to mu się zdecydowanie udało.

Książkę w zasadzie połyka się na raz – dwa. Czyta się ją naprawdę z wypiekami na twarzy, zwłaszcza jeśli cokolwiek pamięta się z tych czasów, które przedstawiono na łamach „Decybelowego Obszaru Radiowego”. Każdy ją czytający automatycznie przywołuje sobie własne wspomnienia odnośnie czasu spędzanego przed głośnikiem, często z palcem położonym na klawiszu „record”. I myślę, że w imieniu tych właśnie osób wypadałoby podziękować Wojciechowi za trzy lata, które poświęcił, aby te wspomnienia zostały przywołane.

Jakub Nowak, www.chaosvault.com


Dear religion, pics or it didn't happen. Sincerely, science. Kto regularnie czyta internet, ten dobrze zna to hasło. Jest wysoce prawdopodobne, że czytelnicy książki Wojtka Lisa będą o nim myśleć nie raz w trakcie lektury. Szczególnie ci młodsi, wychowani na nowoczesnych rozgłośniach radiowych, w których poziom dziennikarstwa i zawartość muzyczna nacechowana jest nieprzyswajalnie wysoką zawartością umysłowego GMO. Nie chcę nikogo obrażać, wielu z tych dziennikarzy znam osobiście i wiążą nas relacje zawodowe, ale prawda jest taka, że te wszystkie stacje, które mają w nazwie „rock”, robią tej muzyce bardzo zły PR. Wojtek pisze o czasach, kiedy sytuacja była diametralnie różna od obecnej. Przypomina okres, kiedy głos w radiu kojarzyło się z autorytetem, wierzyło się mu, czekało na kolejne audycje. Sam wiele razy myślałem o tym, kim bym był i co bym robił, gdyby nie Piotr Kaczkowski czy Marek Wiernik. Słuchałem ich audycji nie tylko dlatego, że pozwalało mi to poznać najlepszą muzykę świata, lecz także dlatego, że byli ciekawymi, mądrymi ludźmi. I nie wiedzieć czemu, wciąż miałem wrażenie, że mówią tylko do mnie. Ludzie ich pokroju, bo wiadomo, że było ich znacznie więcej, ale nie sposób wszystkich wymienić, dzięki wiedzy i charyzmie potrafili zarazić pasją, która dla wielu takich jak ja trwa całe życie i daje mnóstwo satysfakcji. Niewątpliwym walorem tej książki jest niesamowita praca „wywiadowcza”, jaką wykonał autor. Ilość nazwisk przepytanych na okoliczność wydawnictwa robi spore wrażenie. Na kolejnych stronach spotykają się ludzie, którzy kiedyś zaczynali jako koledzy w jednej redakcji, a dziś często stoją po dwóch stronach barykady. Kiedy czytamy wspomnienia i historie Bartka Chacińskiego, Waltera Chełstowskiego, Bogdana Fabiańskiego, Maćka Chmiela, Marka Gaszyńskiego, Marka Niedźwieckiego, Marka Wiernika czy nawet Jerzego Urbana, widać szerokość perspektywy i doprawdy tytaniczną pracę. Styl Wojtka może się podobać albo nie, ale waga podjętego tematu skutecznie przykrywa pewne niedoskonałości czy uchybienia. Ważne jest to, czego możemy się nauczyć i jakie wyciągnąć wnioski. Radio to dziś obszar dostępny o wiele łatwiej niż kilka dekad temu i robić je może każdy. W praktyce oznacza to, że musimy się z jednej strony zmagać z zalewem debilizmu i tandety, ale z drugiej daje nam to szansę na wzięcie spraw we własne ręce. To co kiedyś określano mianem radia pirackiego, dziś jest po prostu radiem internetowym. Mogę to robić ja, może każdy, kto nie chce słuchać piosenek, które „przeszły badania”. I jeżeli ta książka zainspiruje chociaż kilka młodych osób do samodzielnego tworzenia radia i kreowania własnej rzeczywistości, będzie to jej największy sukces. I wtedy ta opowieść o czasach kiedy radio było pięknym i szlachetnym medium, przestanie brzmieć jak fantastyka. Bardzo cenny atut dodatkowy książki to bezmiar informacji o audycjach, o których nigdy bym się nie dowiedział, że kiedykolwiek istniały lub wciąż istnieją. Melodie Mgieł Nocnych? Słuchałbym!

Piotr Miecznikowski, Noise Magazine.


Czy było radio dawniej, czym jest dziś? To pytanie legło u podstaw książki Wojciecha Lisa. Z naciskiem na człon pierwszy. Czym było radio dawniej? Jaką rolę odegrało w naszym życiu w czasach, kiedy nie było internetu, a dostęp do płyt i nagrań zachodnich artystów był w Polsce mniej lub bardziej utrudniony. Przypuszczam, że ludzie młodzi takiej sytuacji nie potrafią już sobie nawet wyobrazić. Tym cenniejszą pozycją wydaje się "Decybelowy obszar radiowy", ponieważ autorowi udało się przywołać magiczną moc radia z czasów minionych. Opowiedzieć o niej. Nie samemu. Wielkim walorem książki jest to, że składa się głównie z wypowiedzi ludzi, którzy radio w dawniejszych latach tworzyli, a także tych, głównie muzyków, którzy radiu zawdzięczają swoją fascynację rockiem i przede wszystkim metalem, bo metal fascynuje autora najbardziej.

Książka jest trochę chaotyczna, nie porządkuje informacji na temat historii radia muzycznego w Polsce, ale na tym polega jej swoisty urok. Bo nie o stworzenie podręcznika czy encyklopedii chodziło, lecz raczej o oddanie emocji, jakie radio muzyczne przed laty budziło i jakich już nigdy budzić nie będzie. To właściwie zbiór przeplatających się wspomnień, anegdot, opowieści. Jedyny rozdział, który ma pewien walor encyklopedyczny, pojawia się na końcu. To omówienie wybranych audycji, wciągające, szkoda tylko, że aż tak bardzo subiektywne. Bo jednak czuje się tam brak takich pozycji jak chociażby Minimax Piotra Kaczkowskiego, gdzie po raz pierwszy w Polsce - tak! - pojawiły się np. nagrania Led Zeppelin, Black Sabbath, Deep Purple czy Budgie. To ta audycja przetarła przed laty szlak. Gdyby nie ona, nie jestem pewien, czy później mogłaby powstać chociażby Muzyka Młodych. Z drugiej strony dużym walorem tej części książki (zresztą nie tylko tej części) wydaje się to, że autor nie skupił się na radiu ogólnopolskim, ale pokazał też, jak wiele dobrego działo się w rozgłośniach regionalnych czy akademickich.

Dobra robota, ciekawa lektura.

Wiesław Wiess (Teraz Rock).


Wojciech Lis to współautor najpewniej znanej czytelnikom „Musick Magazine” książki „Jaskinia hałasu”, która barwnie opisywała epokę, w której nikomu się jeszcze nie śniło, że o metalu będzie się pewnego dnia w Polsce czytać ze stron magazynów podobnych choćby właśnie „Musick”. Bo w najlepszym razie czytało się ze stron kserowanych fanzinów. Może to właśnie wierność realiom epoki odcisnęła się odrobinę na kartach „Jaskini”, zredagowanej nieco chaotycznie, niepozbawionej błędów redakcyjnych, ale fascynującej treścią. „Decybelowy obszar radiowy” pozbawiony jest usterek poprzedniej książki Wojtka, choć forma jest akurat zbliżona: to przede wszystkim zestawienie wypowiedzi bohaterów, do których autor zwrócił się z pytaniami porządkującymi treść poszczególnych rozdziałów. Bohaterowie ci – i tu wreszcie zbliżam się do sedna sprawy – to przede wszystkim (chociaż nie tylko) prezenterzy radiowi, którzy opowiadają o fenomenie radia jako takim, ale i o swoich indywidualnych losach splecionych z historią ogólnopolskich i lokalnych nadawców. Nie dajcie się jednak zwieść hałaśliwemu tytułowi i wspomnieniom poprzedniej publikacji Wojtka – „Decybelowy obszar radiowy” poświęcony jest nie tylko dokonaniom tych autorów, za sprawą których z radioodbiorników wylewały się blasty. Właściwie są oni w mniejszości, ale to dobrze, że książka prezentuje szersze spektrum. Spektrum, które jest Wojtka podróżą sentymentalną do czasów, gdy długie godziny spędzał przy odbiorniku. Autor otwarcie deklaruje arbitralność doboru audycji, które przybliża – lub które przybliżają sami ich twórcy – czytelnikom, i właśnie dlatego doskwiera mi nieco brak jego własnych komentarzy zakrojonych na większą skalę. Lis na własne życzenie usuwa się w cień, jest nieinwazyjnym przewodnikiem – to miłe, że ustępuje bohaterom miejsca, ale skoro punktem wyjścia była jego fascynacja magią radiowego medium, to chętnie poznałbym również perspektywę słuchacza, zwłaszcza zaangażowanego emocjonalnie. Mimo to polecam „Obszar” jako wspomnienie czasów, w których radiowcy nie zapowiadali jeszcze sztucznie rozpromienionym głosem przebojów gwiazd, które znają więcej substytutów botoksu niż akordów.

Maciej Krzywiński (Musick Magazine).


Radio to medium, które od lat wydaje się być w odwrocie – w epoce cywilizacji obrazkowej i coraz szybszego przepływu informacji słowo mówione straciło na znaczeniu, a przynęta w postaci muzyki, której nie można usłyszeć nigdzie indziej przestała być aktualna wraz z popularyzacją internetu. Pozostaje nadziej, że renesans nośników analogowych i papierowej prasy muzycznej pociągnie za sobą również renesans radia z prawdziwego zdarzenia – takiego gdzie prowadzący audycje zarażają słuchaczy swoim gustem, odkrywają przed nimi nowe obszary, prowadzą przez gąszcz muzycznej dżungli.

Decybelowy obszar radiowy jest zbiorem wypowiedzi, wspomnień i luźnych impresji ludzi, którzy byli bądź  z radiem związani zawodowo oraz takich, u których radio kształtowało gust i wrażliwość, pomagało zdobywać wiedzę o ulubionej muzyce. W dużej części – z racji zainteresowań autora – są to postaci związane ze środowiskiem fanów muzyki metalowej i alternatywnej. Zebrane wypowiedzi dają jednak bardzo dobry pogląd tego jaką siłę jeszcze nie tak dawno temu miało to medium, oraz pokazują, że mimo zmieniających się realiów zapotrzebowanie na dobre radio wciąż jest wśród ludzi obecne. Współczesne czasy stawiają przed radiowcami nowe wyzwania – interakcja ze słuchaczami jest dużo większa, a wybór pomiędzy różnymi propozycjami radiostacji internetowych i tradycyjnych wciąż rośnie, nie odbiera to jednak magii temu niezwykłemu rodzajowi przekazu jaki tworzą prezenterzy zasiadający przed mikrofonem.

Książka napisana jest z pasją, która czytelnik łatwo może dać się zarazić – odruchowo sięgając ręka by poszukać w radiu jakiegoś interesującego pasma.

Rafał Zbrzeski (Lizard Magazyn).


„Decybelowy Obszar Radiowy” to kolejna ciekawa książka Wojciecha Lisa, który kilka lat wcześniej popełnił wraz z Tomaszem Godlewskim niezwykle interesujące dzieło o polskiej scenie metalowej, czyli „Jaskinię hałasu”.

Nowa książka Wojtka, jako pierwsze tego typu opracowanie na naszym rynku, napisane z niezwykłą wnikliwością i dbałością o szczegóły, ukazuje rozwój naszej radiofonii. Otwierający książkę rys historyczny nie jest tu tematem wiodącym, pozwala jednak przyjrzeć się, jak owe zjawisko rozwijało się w naszym kraju na przestrzeni kilkudziesięciu lat. To doskonałe podłoże do tematu głównego tej książki związanej nierozerwalnie z osobami tworzącymi wspaniałe rockowe audycje, na których wychowywaliśmy się wszyscy. To swoista podróż w czasie, wiele ciekawych wypowiedzi ludzi związanych z kreowaniem kultowych już programów radiowych. Dzięki wnikliwości Wojtka udało mu się przeprowadzić rozmowy z kilkudziesięcioma radiowcami m.in. pojawiają się tu takie znakomitości jak: Marek Niedźwiedzki, Marek Gaszyński, Roman Rogowiecki, Andrzej Marzec, Andrzej Kukuczka, Krzysztof Brankowski, Tomasz Ryłko… Znalazło się tu również wiele ciekawych wypowiedzi twórców muzyki, którzy na owych audycjach się wychowali, ale i dzięki tym programom mogli zaprezentować swoją twórczość w eterze. Znajdziecie tu całą masę wspominków m.in.  Janusza Niekrasza (TSA), Piotra Luczyka (KAT), Krzysztofa Jaryczewskiego (ODDZIAŁ ZAMKNIĘTY), Macieja Januszko (MECH), Grzegorza Kupczyka (ex-TURBO, obecnie CETI), Piotra Wiwczarka (VADER),Olgi Sipowicz (MAANAM) i wielu innych, znakomitych przedstawicieli naszej muzycznej sceny. W „Decybelowym Obszarze Radiowym”,  Wojtkowi w unikatowy sposób udało się uchwycić czas transformacji w naszym kraju w oparciu o to, co działo się w radiowym eterze głównie w latach 80.

Połowa lat 80. to złoty okres dla rozwoju muzyki, jak wielki wpływ na ten boom miało powstawanie nowych rozgłośni radiowych, nie muszę nikomu chyba mówić? Przez wiele lat monopolistą było Polskie Radio, co zmieniło się pod koniec dekady, kiedy wydawano coraz więcej koncesji radiowych. Powstawały nowych rozgłośnie, programy z niszową muzyką, w tym kilka znaczących audycji, które kształtowały gusta muzyczne wielu milionów wygłodniałych muzyki nastolatków. Wystarczy wspomnieć „Mini- Max”, „Cały Ten Rock”, „Punkową Listę Przebojów”, „Niecały Rock”, „Wieczór Płytowy”, ”Muzykę Młodych”, „Metalowy Świat” czy „Metalowe Tortury”, na które czekało się z tak wielką niecierpliwością, trzymając w pogotowiu przygotowany do nagrywania magnetofon.

„Decybelowy Obszar Radiowy” ukazuje, jak wielki wpływ miało radio na kształtowanie naszych gustów muzycznych, kreowanie nowych trendów i mód. Dowiadujemy się też, z jak wielką pasją i zaangażowaniem prezenterzy radiowi starali się poszerzyć nasze horyzonty muzyczne, prezentując twórczość niszowych wykonawców, do których w czasach żelaznej kurtyny nie mieliśmy dostępu.

Leszek Wojnicz-Sianożęcki (Oldschool Metal Maniac Magazine).


Moje pierwsze radiowe wspomnienia sięgają dzieciństwa. W domu stało bardzo stare radio, z ogromną skalą, kilkoma klawiszami - w które notabene uwielbiałem napieprzać, udając, iż gram na pianinie - dwoma czy trzema pokrętłami i archaicznym adapterem na wierzchu. Nasłuchując stacji radiowych, zachodziłem w głowę, skąd dobiega ów dźwięki i uknułem własną teorię, że w środku po prostu mieszka cała orkiestra złożona z małych mróweczek, które grają te wszystkie wydobywające się melodie. Ciekawość jednak wygrywała i pewnego dnia ujrzałem radiowe wnętrzności... Tranzystory, lampy i inne cewki. Później radio było i jakby go nie było. Aż do czasów wczesnej młodości, gdy jako 10-12 latek zacząłem nasłuchiwać w nim coraz to różnej muzyki. Pragnieniem moim, jak i mojego starszego brata, było wówczas posiadanie własnego radiomagnetofonu, na który moglibyśmy nagrywać kawałki lecące na falach eteru. Pochodzę raczej z mało zamożnej rodziny robotniczej i taki wydatek to nie było byle co. W końcu doczekaliśmy się i w naszym pokoju stanęła „Wilga”, monofoniczny produkt rodzimej Unitry. Nie wiem czy pierwszym, ale z pewnością jednym z pierwszych numerów nagranych z radia na kasetę, był wielki przebój Steve Wondera - „I Just Called To Say I Love You”, który oczywiście rządził na Liście Przebojów legendarnej „Trójki”. I tak zaczął się czas, gdy do słuchania radia podchodzić zacząłem z namaszczeniem. Był rok 1984, rok w którym Orwell wieszczył koniec wolności... Mylił się, ona się dla mnie dopiero zaczynała.

Kolejna książka Wojtka Lisa jest nostalgicznym hołdem złożonym rozgłośniom radiowym, poszczególnym audycjom jak i ich twórcom, którzy są głównymi bohaterami niniejszej pozycji. Wojtek już wcześniej popełnił podobną książkę, stworzoną wspólnie z Tomaszem Godlewskim „Jaskinię Hałasu” - równie nostalgiczną podróż w przeszłość polskiej sceny metalowej - pisałem o niej w poprzednim numerze „Chaosu...”. Tym razem, horyzonty Wojtka zostały poszerzone na wiele większą skalę i postanowił zmierzyć się z tematem obszerniejszym i nie związanym już tylko i wyłącznie z jakąkolwiek subkulturą. Wśród rozmówców Lisa znajdziemy bowiem prawdziwe legendy radia (Marek Niedźwiecki, Marek Gaszyński czy Romek Rogowiecki - ewidentnie zabrakło tu Wojciecha Mana), prezenterów znanych, choć już nie tak legendarnych (Grzegorz Brzozowicz, Marek Wiernik, Sławek Wirzcholski, Paweł Sito, Bożena Sitek czy Filip Łobodziński), tych, co zapuszczali w eter muzę metalową (Krzysztof Baranowski, Bartosz Donarski, Przemysław Popiołek, Tomek Ryłko) czy alternatywną i punkową (Piotr „Pietia” Wierzbicki, Przemek Thiele). Prócz samych „ludzi radia”, na spytki wzięto też ludzi ogólnej kultury: Piotr Banach, Wiesław Weiss, Robert Tekieli, Olga „Kora” Sipowicz, Krzysztof Skiba, Paweł „Kelner” Rozwadowski czy Paweł „Konjo” Konnak. Oczywiście wszystkie rozmowy toczyły się wokół radia...

Dla mnie najciekawszymi momentami książki są te kawałki, gdzie mowa o punk rocku i podobnych klimatach. Niezmiernie ciekawe są wypowiedzi Tomka Ryłko, którego audycja „Niecały Rock” była z pewnością przełomowa dla wielu dzisiejszych 40-latków. Niejednokrotnie pędziłem co tchu w płucach, by zdążyć nacisnąć „rec” w swoim kaseciaku, gdy Tomek zaczął opowiadać, co zapuści tym razem. Dzięki niemu wiedziałem też, jak poprawnie zapisać nazwę zespołu, gdy zawsze przeliterowywał ją na antenie. To u Ryłki po raz pierwszy usłyszałem Wretched, Kina, Scraps czy nawet Nomeansno. Całe pokolenie małomiasteczkowych punków wychowywało się na tych krótkich acz bardzo ekspresyjnych audycjach i żal było, gdy Ryłko, a z nim „Niecały Rock”, zostali unicestwieni przez politykę Rozgłośni Harcerskiej. Tomek Ryłko później bujał się jeszcze po innych stacjach radiowych ale powoli odchodził od hardcore punka by w konsekwencji pójść w stronę rogatego czyli zapuszczać już szatańskie dźwięki black i death metalu. Jego audycja „Ryłkołak” miała wierne grono słuchaczy, jednak zbyt ekstrawagancki styl jej prowadzenia oraz bluźniercze wypowiedzi doprowadziły w konsekwencji do jej zawieszenia a w końcu kolejnego unicestwienia. „Ryłkołaka” już w zasadzie nie słuchałem, choć po latach muszę przyznać, iż w swej formie, była to faktycznie audycja dość nowatorska i odważna.

Prócz Ryłki, o klimaty okołopunkowe i alternatywne zahaczają również inni rozmówcy Lisa. Marek Wiernik wspomina audycję „Cały ten rock”, która prowadził razem z Romanem Rogowieckim. To chyba tam po raz pierwszy na falach polskiego eteru poleciał punk rock! Sex Pistols, Damned czy już później Bad Brains. Prócz tego, można było tam usłyszeć sporo Nowej Fali czy kapel pokroju Suicide czy Bauhaus. Inna audycja, na którą wyczekiwałem przez cały miesiąc, było „Radio Clash”, prowadzone przez Maćka Chmiela (tego od menadżerowania Dezerterowi a teraz szlifującego salony publicznej telewizji), Grześka Brzozowicza i Hirka Wronę, którego potem zastąpił Filip Łobodziński. Był w niej punk rock, choć w mniejszych dawkach bo muzycznie była to rzecz urozmaicona. Leciały różne eksperymenty, industrial ale i odważniejszy pop. Za to tematycznie było już przeciekawie: od podziemia gejowskigo, poprzez offową literaturę po hip-hop czy inne sprawy, niekoniecznie komercyjne i akceptowalne przez ogól społeczny. Audycja trwał chyba ze trzy godziny i trzeba było zerwać niejedną sobotnią noc by wysłuchać jej do końca. Inna audycją duetu Chmiel i Brzozowicz była „Dzika rzecz”, o której panowie też powiedzieli trochę na łamach książki. Słuchałem jej sporadycznie raczej. Było tam sporo ciekawej muzyki, choć już niekoniecznie w klimatach hardcore punk. Maciek Chmiel prowadził też „Rękę boksera”, program już bardziej autorski, gdzie zapraszał ciekawych gości i poruszał się w tematach wciąż niszowych... Z kolei „Zadzwońcie po milicję” Chmiel prowadził przez niedługi czas do spółki z Robertem Tekieli z „Brulionu”, gdy ten jeszcze nie stał się katolickim neofitą. Tekieli wspomina tu, iż audycja jako jedna z pierwszych została zdjęta z anteny po objęciu władzy przez Lecha Wałęsę. Ponoć powodem miały być lecące na antenie wulgaryzmy oraz obsceniczność ale on uważa, iż była nim obecność gdańskich anarchistów, którzy od zawsze wytykali agenturalność Wałęsie... W czasach, gdy szaleńczo zasłuchiwałem się we wszelkich odmianach metalu, z mego radia nie ustępowały audycje „Muzyka młodych” i „Metalowe tortury”. Oczywiście nie mogło i wspomnień o nich zabraknąć w książce Lisa. Mowa jest też o wielu innych audycjach, których nie miałem okazji posłuchać. Często były one nadawane w lokalnych rozgłośniach, nie łapanych w mym rodzinnym mieście. Tak mięliśmy ze „Zgrzytem”,  prowadzonym przez Pietię. By usłyszeć głos kolegi z Warszawy, niejednokrotnie jeździliśmy do lasu w kierunku Rzeszowa, gdzie już łapaliśmy fale po których docierał do nas hardcore punk zapuszczany przez DJ Biogosa...

Książka Wojtka Lisa to osobliwa podroż w czasie. Dziś „złote czasy radia” już minęły. W eterze rządzą rozgłośnie z playlistą ustaloną w korporacyjnych wytwórniach i gdzie denną muzykę przerywa się jedynie reklamami i informacyjnymi spotami. Dostępność do muzyki jest zupełnie na innym poziomie niż 20-30 lat temu, Internet pełen jest nie tylko niszowych rozgłośni netowych ale i darmowej muzy na portalach społecznościowych i do zassania na swojego kompa. Radia słucha się głównie w samochodzie albo w pracy. Nieliczni miłośnicy radiofonii szukają jeszcze ostatnich mohikaninów... Czytając „Decybelowy obszar radiowy” łapiemy dobry kawałek historii, w której swe miejsce miał również punk rock. I dzięki ci Wojtek za ten kawał dobrej roboty.

Janusz "Krawat" Krawczyk (Chaos W Mojej Głowie 'zine).


To już druga po „Jaskini Hałasu” książka Wojtka Lisa o tematyce około muzycznej. Tym razem na warsztat wzięte zostało radio. „Decybelowy Obszar Radiowy” to książka o radiowcach i audycjach muzycznych, których autor sam w przeszłości słuchał i które ukształtowały gusta muzyczne całych pokoleń. Oczywiście głównie chodzi tu o ludzi prezentujących na falach radiowych dźwięki rockowe i metalowe. Formą książka ta przypomina „Jaskinię…”, czyli autor zadaje jakieś pytanie lub rzuca ogólny temat a różni, zaproszeni przez niego ludzie prezentują swoje zdanie na dany temat. I tak mamy tu głównie wypowiedzi radiowców, którzy prowadzili te najbardziej popularne audycje, pojawiają się też jednak muzycy, którzy do tych audycji byli zapraszani, a także inne osoby „z branży”. Nazwisk nie ma co przytaczać, ale wierzcie mi, że mamy tutaj praktycznie samą radiową śmietankę… Ogólnie znajdziemy tu całą masę wspominek, historyjek i anegdot, które dają nam w miarę pełny obraz tego, jak kiedyś wyglądało radio. Dzięki tej książce możemy poczuć choć namiastkę tego, co czuli kiedyś słuchacze, którzy setkami tysięcy zasiadali przed odbiornikami by chłonąć nową muzykę i wsłuchiwać się w słowa redaktorów, którzy warsztatem i charyzmą różnili się znacznie od dzisiejszych (którzy zamiast opowiadać o muzyce namawiają na wysyłanie smsów). To książka głównie o radiu, jakiego już dzisiaj nie ma. Razem z Wojtkiem i zaproszonymi przez niego gośćmi przechodzimy od okresu lat 70., 80., poprzez okres transformacji i rozkwitu rozgłośni komercyjnych, aż po dzień dzisiejszy. Znajdziemy tu także kilka słów o radiach internetowych a także dowiemy się co sądzą ludzie radia o przyszłości tego medium. Sam autor trzyma się nieco z boku, od czasu do czasu komentując dany temat czy zgrabnie łącząc wypowiedzi różnych osób. Na samym początku dostajemy spis ludzi, którzy prezentowali swoje wypowiedzi w tej książce, możemy dowiedzieć się co nieco o ich życiorysie. Na końcu natomiast mamy rozdzialik z opisami wybranych audycji radiowych a także krótki słownik pojęć związanych z radiem.

Cóż, moim zdaniem Wojtek znowu trafił w samo sedno zabierając się za temat dotąd mało opisywany i zbadany. Wprawdzie bardziej są to wspomnienia, niż jakieś naukowe opracowanie, ale dzięki temu czyta się tę książkę z jeszcze większym zainteresowaniem. Starsi słuchacze podczas lektury na pewno przeżyją sentymentalną podróż, młodsi natomiast może nieco inaczej spojrzą na ten wspaniały wynalazek.

Grzegorz Kiecok (MetalRuleZ.pl)


Złote czasy radia to czas osobowości, audycji autorskich, ale też czas kiedy radio było głównym kanałem dostępu do nowej muzyki. To se nevrati, lecz warto powspominać. Przy czym nie jest to obiektywna monografia polskiej radiofonii, ale subiektywne spojrzenie na muzykę w eterze. Wojtek Lis nie jest radiowcem, ale słuchaczem, do tego czterdziestoletnim fanem metalu, dlatego w książce dominują postacie, audycje i wątki związane z muzyką rockową, choć nie monopolizują tej opowieści. Zresztą treści odautorskich nie znajdziecie tutaj zbyt wiele - Wojtek woli oddać głos tym, którzy znają radio od środka, dla których było (jest) ono całym życiem. Gaszyński, Niedźwiecki, Rogowiecki, Łobodziński, Sito, Wrona, Wiernik, Zegler, Chmiel, Ryłko, Kierzkowski...długo by wymieniać członków chóru, który pod batutą Lisa wyśpiewuję tu hymn pochwalny na cześć radia. Zastrzeżenie mam tylko do formy - podobnie jak w przypadku "Jaskini hałasu", książki o polskim metalowym undergroundzie, której Wojtek był współautorem, brakuje mi tu czasami brutalnej, ale potrzebnej ingerencji redaktora. Ale i bez tego ci, co kochają radio, uznają "Decybelowy obszar radiowy" za pozycję wartą każdej ceny.

Jarek Szubrycht (Gazeta Magnetofonowa)


„Decybelowy Obszar Radiowy” autorstwa Wojtasa Lisa, na pewno będzie fajnym dopełnieniem dla wielu z Was, którzy czytali wcześniej „Jaskinię Hałasu”. Zapewne duża część czytelników szmatławca uciekała ze szkoły, żeby posłuchać w radiu czy to „Muzyki Młodych”, czy to innych „Metalowych Tortur” i być w miarę na bieżąco z tym co działo się w metalowym szerokim świecie.

Tym razem, w przeciwieństwie do „Jaskini Hałasu”, książka Wojtka nie jest poświęcona w całości naszemu ulubionemu łomotaniu, ale nie martwcie się - dla Metalu miejsca znalazło się wiele. Wojtas przepytał bowiem czołówkę postaci z naszego podwórka prowadzących swego czasu radiowe audycje o muzyce metalowej, i takich niezawodnych gawędziarzy, jak Peter z Vader, czy Tomek Ryłko, a ich wspominki zawsze czyta się z ciekawością. Oczywiście metalowe wspominki nie wyczerpują tematu, bo mamy tu całą masę ciekawych rozmówców - od Kory Jackowskiej, Romana Rogowieckiego, Marka Niedźwiedzkiego, Krzysztofa Brankowskiego, Marka Gaszyńskiego, Bogdana Fabiańskiego, przez młodsze  pokolenie radiowców jak Adam Oronowicz, Przemek Popiołek, Bartosz Donarski, Jarka Giersa z antyradiowej „Rzeźni”... Naprawdę szkoda tracić czas kontynuując tutaj tą wyliczankę, ale zapewniam, że w „Decybelowym” przeczytacie wspomnienia całej masy osób, których głosy być może do tej pory słyszeliście tylko z radiowego głośnika. A wszyscy przepytani są w formie, jaką znacie już z „Jaskini Hałasu” i w której Wojtas wyraźnie dobrze się czuje - nie znajdziecie tu typowych wywiadów pytanie/odpowiedź, lecz coś w rodzaju ankiety - tematów na które poszczególni przepytywani mają coś do powiedzenia. Jednym może się podobać taka forma, innym nie, ale czyta się wyśmienicie.

Znalazła się w książce nawet wypowiedź Jerzego Urbana, rzecznika prasowego ostatnich lat czerwonego PRL. Jest to dla mnie tutaj jedyny zgrzyt, bo obecność tego osobnika w „Decybelowym...” wygląda na tle wspomnień Konja i innych walczących o słuszne zniesienie Polski Ludowej, jak gówno w lesie - że zacytuję jednego ciecia z warszawskiego Ursynowa, żeby się w komunistycznym klimacie utrzymać. Szczęściem Urban mówi tu o cenzurze, a nie na przykład o wolności słowa - dzięki Rogatemu.

Mamy tu też krótką historię radia ogólnie na świecie i szczególnie w Polsce z której zainteresowani tematem mogą się dowiedzieć paru interesujących szczegółów, często całkiem fachowych. Ale to tylko tło i wprowadzenie, a nie „Młody Technik”, he, he - nie będzie przynudzania ze strony autora.

„Decybelowy Obszar Radiowy” jest dodatkowo zilustrowany zestawem ponad sześćdziesięciu zdjęć przepytywanych delikwentów. Często dość unikalnych zresztą, jak historyczna fota Janiny Stompkówny, pierwszej w historii spikerki Polskiego Radia. Tu uwaga, że te foty mogły by być ułożone według jakiegoś konkretnego klucza, czasowego, powiedzmy - dużo sensowniej by to wyglądało. No, ale to tylko sprawy wizualne... Właśnie - „Obszar” tym razem złożony jest jak każda inna normalna książka i nie znajdziecie na jego stronach żadnych zinowych zdziczeń, jak miało to miejsce w przypadku „Jaskini Hałasu”. Nie powinno to być dla Was rozczarowaniem, bo książka tym razem adresowana jest do  szerszego grona czytelników, a nie tylko do metalowców, a dzięki temu, że skład jest przejrzysty chyba przyjemniej to czytać.

Tak, że kolejna fajna pozycja wyszła spod Wojtasa ręki i tylko mu pogratulować wytrwałości w tej „archeologii” już nie tylko podziemnej jak widać. Można polecić lekturę i tym, którzy znają z Autopsy czasy, jak się pierwsze kawałki Death nagrywało z radia, a też i tym wszystkim, którzy nie znają ani Death, ani Autopsy.

Fajna lektura.

Piastol (#11 INFERNAL DEATH 'zine)